Near East: Crafstsmen from Lublin

During the summer of 2010, two photographers - Michał Jadczak and Kuba Wójtowicz- gathered information as well as took series of photographs of owners of the traditional craftsmen workshops in Lublin. Most of these workshops were created before the World War II and the still proudly exist and function. At the time, the idea of publishing an album, that presents twelve profiles of Lublin’s craftsmen, has emerged. We have also invited to creation of this project Agnieszka Mazuś and Tomasz Bielak.

Cities are not formed by buildings or gardens, but by people. The people are the very essence, the most precious memory carriers and the social identity of the cities. Who, if not the true-born Lublin’s inhabitants, that are connected with their city throughout their whole lives, should pass the history of our town to the younger generations?


Craftsmen are those people.

Ściana wschodnia: Rzemieślnicy z Lublina

Latem 2010 roku dwóch fotografików - Michał Jadczak i Kuba Wójtowicz - przez trzy miesiące zbierało informacje, a także wykonało serię fotografii właścicielom tradycyjnych zakładów rzemieślniczych działających w Lublinie. Większość z tych pracowni powstała przed II wojną światową i istnieje po dziś dzień. Powstał wówczas pomysł wydania albumu prezentującego sylwetki 12 lubelskich rzemieślników. Do jego tworzenia zaprosiliśmy także Agnieszkę Mazuś i Tomasza Bielaka.

Miasta nie tworzą ani budynki, ani ogrody, lecz ludzie. To oni są esencją, najważniejszym nośnikiem pamięci i społecznej tożsamości. Kto inny jak nie rodowici lublinianie, związani ze swoim miastem przez całe życie, mają opowiedzieć młodszym pokoleniom historię naszego miasta?



Ci ludzie to rzemieślnicy.

czapnik

Kazimierz Wójcik, cap maker
Lublin, Zamojska Street 33

I was born on June 20th, 1929. In 1943 I began to study tailoring. When I finished a 6-months cap making course, I went to Mr Antosik’s workshop at Kościuszki street. As a student, I got a 3-year contract. I went to the garments school because I wanted to go to officer’s school and you needed to pass final exams for that. After graduation I went to examining board. I wanted to be a quartermaster or topographer. They offered me anti-aircraft artillery. I didn’t agree. I went to Vetter’s high school and then received a letter saying I’d be taken to the army in the spring. I didn’t know night-school doesn’t defer from service. After the service I worked in Cap Makers and Milliners Co-Op at nr 2 on Królewska Street. In 1956 I quit and opened a private workshop at Podzamcze. I was there until 1960. When the market square was moved to Rusałka, I didn’t go along. Since then I’m here, at Zamojska. It’s been 50 years and I’ll stay here. My elder sister dies at 90. I think I can make it too. I received Gold Cross of Merit and Gold Medal of Merit for Polish Crafts. And I’m left alone for the whole Lublin. There is no other cap maker. No one learned to become a cap maker in Lublin since 1946! I have customers coming from Zamość, Chełm or Lubartów, but it’s no longer the same trade as in the past. See, we’ve been talking so long and nobody came. I used to sell most on Mondays. People from the countryside used to come to the city then. There were four cap makers at Zamojska street. I was the most qualified craftsman. Because before I open my own shop, we used to make caps for the army, bus drivers, priests. Everything made by hand. Sewing machines came in times of co-ops. In the past everyone wore headgear. Nobody on the street rolled up their sleeves. And now? People buy at second-hands. Later they come to change the lining, shorten the peak. Today only the old people and ones from the countryside buy traditional caps. City people aren’t accustomed. City intelligence used to wear hats those days. You saw at once who is educated. I was always active, not only cap-wise. I don’t drink vodka, I don’t smoke. You weren’t allowed to smoke neither at Antosik’s, nor at the co-op. Only in the army everyone got 10 cigarettes a day. Later, at the booth on Podzamcze I also didn’t smoke. Because the hats would smell of smoke. You have to treat the customers delicately, like an illness. I never argue or swear, because I’m a profound believer. People stare at me on the bus, as I take off my cap when the bus passes a church or Holy Mary’s figure. They’re suprised. Retirement? I don’t come here for money. I can’t sit doing nothing. I can’t sit at home either. In the past I used to go for walks at Krakowskie Przedmieście on Sundays, after the church – I’d walk 2 hours there and back again, chat up girls. Now, there’s nothing to do on Sundays. I have a good memory, good sight and hearing. When I was 12 I learned to play the violin. In the army I worked with Morse’s alphabet. I had a good life. I was respected because I showed respect. I am very happy with my life.

Kazimierz Wójcik, czapnik
Lublin, ul. Zamojska 33

Urodziłem się 20 czerwca 1929 roku. Naukę krawiectwa rozpocząłem w 1943 r. Skończyłem półroczny kurs czapniczy i poszedłem do pracy pracowni pana Antosika na ul. Kościuszki. Jako uczeń załapałem się na umowę 3-letnią. Zdawałem do szkoły odzieżowej, bo planowałem iść do szkoły oficerskiej, a do tego trzeba było mieć małą maturę. Gdy skończyłem, stanąłem na komisji. Chciałem dostać kwatermistrza albo topografię. Zaproponowali mi artylerię przeciwlotniczą. Nie zgodziłem się. Zapisałem się do liceum Vetterów, gdy dostałem list, że wiosną zabiorą mnie do wojska. Nie widziałem, że szkoła wieczorowa nie odracza służby. Po powrocie z wojska pracowałem w Spółdzielni Czapników i Modystek na ul. Królewskiej, pod dwójką. W 1956 r. zwolniłem się i założyłem własny zakład, na Podzamczu. Byłem tam do roku 1960. Gdy przenosili targowisko na Rusałkę, przeniosłem się na ul. Zamojską. Jestem tu już 50 lat. I będę dalej. Starsza siostra jak zmarła, miała 90 lat. Myślę, że ja też tyle pociągnę. Jestem odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i Złotą Odznaką Zasłużonych dla Polskiego Rzemiosła. A teraz zostałem sam na cały Lublin. Nie ma drugiego czapnika. Od 1946 r. nikt się w Lublinie na czapnika nie uczył! Klienci przyjeżdżają do mnie z Zamościa, Chełma czy Lubartowa, ale teraz to nie ten handel, co kiedyś. Widzi pani, tyle gadamy i nikogo nie było. A kiedyś najwięcej się sprzedawało właśnie w poniedziałki. Ludzie ze wsi przyjeżdżali wtedy do miasta. Tylko na ul. Zamojskiej było czterech czapników. Ja byłem najbardziej wykwalifikowanym rzemieślnikiem. Bo zanim przeszedłem na swoje, robiliśmy czapki dla wojska, kierowców autobusów, księży. Wszystko ręcznie. Na maszynach to dopiero w spółdzielni. Kiedyś wszyscy chodzili w nakryciach głowy. I nikt na ulicy rękawów koszuli nie podwijał. A teraz? Ludzie w ciucholandach kupują. Potem przychodzą, by wymienić podszewkę czy skrócić daszek. Dziś tradycyjne cyklistówki kupują już tylko ludzie starsi i ze wsi. Ci z miasta nie są przyzwyczajeni. Kiedyś miejska inteligencja chodziła w kapeluszach. Od razu było widać, kto po maturze. Zawsze byłem dość aktywny, nie tylko w stosunku do czapek. Nie piję wódki, nie palę papierosów. Ani u Antosika, ani w spółdzielni nie wolno było palić. Tylko w wojsku dziennie dawali po 10 papierosów. Potem w budce na Podzamczu też nie paliłem. By nie było czuć czapek papierosami. Z klientami trzeba obchodzić się jak z chorobą, delikatnie. Nigdy się nie kłócę, nie przeklinam. Jestem człowiekiem bardzo wierzącym. W „13” ludzie na mnie patrzą jak zdejmuję czapkę, gdy autobus przejeżdża koło kościoła czy figury Matki Boskiej. Dziwią się. Emerytura? Nie przychodzę tu po pieniądze. Nie potrafię siedzieć i nic nie robić. W domu wysiedzieć też nie umiem. Kiedyś po kościele chodziło się na spacer na Krakowskie Przedmieście. Dwie godziny chodziło się w tę i z powrotem, poznawało dziewczyny. Teraz w niedziele nie ma co robić. Mam dobrą pamięć, dobry wzrok i dobry słuch. Jak miałem 12 lat, uczyłem się grać na skrzypcach. W wojsku pracowałem na alfabecie Morse’a. Dobrze mi się powodziło. Byłem szanowany, bo i ja szanowałem. Jestem z życia bardzo zadowolony.

czapnik
ślusarz

Ryszard Malczarski, metal-worker
Lublin, Lubartowska Street 8 (in the courtyard)

I started learning the craft in 1957 at Mr Popiołek’s. When I finished, for 2 years I worked in a Truck Factory. Then came the army, but later it was only crafts, crafts and once more - crafts. In 1966, with a journeymen certificate, I opened a workshop on Zamojska, Buczka street at that time. I’ve been here, on Lubartowska, since 1970. I have obtained master’s certificate in 1967 and since then I could teach apprentices. I was also a member of journeymen and masters commissions at Craftsmen Guild in Lublin. I’m 70 years old. I’m not sure, I can be the oldest craftsmen in town. I need to ask at the guild…All these pavilions used to house tailoring workshops. Who will do any alterations now? There are fewer workshops, the old guard is gone…Life went by as if you slammed a door. Craftsmen don’t have it easy these days. You take 2, 3, 5 zlotys for your services and you have to pay social insurance, rent, bills for electricity and gas. It’s really hard. I’m not surprised the young don’t open new workshops. Crafts schools are being closed, we are lacking experts. Nobody asked me about learning the craft for years. When I began work, there were 6 metal-workers in Lublin. Now – practically none. Customers come from the whole region, even the whole country. I don’t know if you can find 5 workshops of the type in the whole country. Recently a customer from Wisznice brought scissors for shaving sheep. But most often people bring kitchen knives, wire mesh, pliers, scissors, choppers, axes, saws or shovels and hoes for their allotments. Many people don’t even know you can sharpen everything. And if you buy a brand new item, it doesn’t really mean it’s well-done. In the past there were fewer things and people went to sharpen items out of necessity. Today everything comes from a production line, quality isn’t important. But, I must admit, at first those Chinese scissors were not bad at all. Despite their size and shape. Now even big tailor scissors have plastic handles. In the past tools were made from carbon steel, now it’s only stainless which doesn’t have the same sharpness. At least it doesn’t rust. When I was young, I was sickly and missed a lot of classes. That’s why my father decided: if you learn a craft, you will make it in life. Those days, when a father said something, you had to do so. That’s how I found myself at Mr Popiołek’s workshop at Krakowskie Przedmieście 60. I remember at the beginning I used to cry when I was going there. But I liked it. Today, I wouldn’t change it for any other profession. You must like what you do. On my journeymen exam I had to make a ring for a mincing-machine. For the master’s exam – a new razor. Who can do it these days? You had to have at least a journeymen qualifications to open a workshop. For 3-4 years you were an apprentice and only then you could take an exam. Those who passed got some tax deductions, that’s all. Nobody gave grants to open a business, like today. You had to work 10-15 years to get your own customers. And you had to do your work well. Things that happen in our country now, it’s pure madness. Everything deteriorated. People used to be kinder in the past, today they are more withdrawn. They don’t understand one another. This is why I like talking to old people. We have things to talk about.

Ryszard Malczarski, ślusarz
Lublin, ul. Lubartowska 8 (w podwórku)

Naukę zawodu zacząłem w 1957 r. u pana Popiołka. Po jej ukończeniu przez dwa lata pracowałem w Fabryce Samochodów Ciężarowych. Później było wojsko, a potem to już tylko rzemiosło, rzemiosło i jeszcze raz rzemiosło. W 1966 r. na papierach czeladnika otworzyłem zakład na ul. Buczka, dziś Zamojskiej. Tutaj, na Lubartowskiej jestem od 1970 r. Dyplom mistrzowski zrobiłem w 1967 r. Od tego czasu mogłem kształcić uczniów. Zasiadałem też w komisjach mistrzowsko-czeladniczych przy Izbie Rzemieślniczej w Lublinie. Mam 70 lat. Nie wiem, czy nie jestem najstarszym rzemieślnikiem w Lublinie. Muszę w cechu zapytać… Te wszystkie pawilony wokół, to kiedyś były zakłady krawieckie. A teraz, kto jakieś przeróbki zrobi? Zakładów coraz mniej, stara gwardia poodchodziła. Życie przeleciało, jak drzwi otworzyć i zamknąć. Dziś rzemieślnikom nie jest łatwo. Usługi się robi po 2, 3, 5 złotych, a trzeba zapłacić ZUS, lokal, prąd, gaz. Naprawdę jest ciężko. Wcale się nie dziwię, że młodzi nowych zakładów nie otwierają. Szkoły zawodowe się zamyka, a fachowców brakuje. Od kilkunastu lat nikt o naukę zawodu mnie nie zapytał. Kiedy ja zaczynałem, to w Lublinie tego typu zakładów było sześć. Teraz praktycznie żadnego. Klienci przyjeżdżają do mnie z całego województwa, a nawet z Polski. Nie wiem, czy w całym kraju pięć takich zakładów się znajdzie. Ostatnio klientka z Wisznic przywiozła noże do strzyżenia owiec. Ale przeważnie ludzie przynoszą noże kuchenne, siatki do maszynek, cążki, nożyczki, tasaki, siekiery, piły czy łopaty i gracki na działkę. Wielu nawet nie wie, że to wszystko można naostrzyć. A nowe, właśnie kupione to wcale nie znaczy, że wykończone. Kiedyś rzeczy było mniej i z musu ludzie chodzili ostrzyć. Dziś wszystko to taśmowa produkcja, jakość się nie liczy. Choć, muszę przyznać, na początku te chińskie nożyczki nie były takie złe. Mimo że grube i toporne. A teraz nawet duże krawieckie nożyce mają rączki z plastiku. Dawniej narzędzia robiło się ze stali węglowej. Teraz wszystko to nierdzewka, która nie ma już takiej ostrości. Tyle dobrze, że nie rdzewieje. W młodości dużo chorowałem, opuszczałem szkołę. Dlatego mój ojciec stwierdził: jak pójdziesz do zawodu, to radę w życiu sobie dasz. Kiedyś, jak ojciec powiedział, to tak się robiło. I tak trafiłem do pana Popiołka na Krakowskie Przedmieście 60. Pamiętam, że na początku, jak szedłem, to płakałem. Ale spodobało mi się. Dziś nie zamieniłbym tego na żaden inny zawód. Trzeba lubić, co się robi. Na egzamin czeladniczy robiłem szarpak do maszynki do mięsa. Na mistrzowski – nową brzytwę. Kto dziś potrafi to zrobić? By otworzyć zakład, trzeba było mieć uprawnienia co najmniej czeladnika. Przez 3-4 lata terminowało się jako uczeń i można było przystąpić do egzaminu. Kto zdał, temu urząd finansowy mógł jakąś kwotę odpisać od podatku. To wszystko. Nikt wtedy nie dawał dotacji na rozpoczęcie działalności, tak jak dziś. A żeby zdobyć klientów, trzeba pracować 10-15 lat. I to dobrze pracować. To, co się dzieje w naszym kraju, woła o pomstę do nieba. Wszystko się pogorszyło. Kiedyś ludzie byli sympatyczniejsi, dziś są bardziej zamknięci, nie mają dla siebie zrozumienia. Dlatego lubię ze starszymi ludźmi rozmawiać. Jest o czym.

ślusarz
tapicer

Kazimierz Klimek, upholsterer
Prawiedniki 171 b

Dad took me once to a master upholsterer and told me to take up this job. And so it began and lasts to the present day. I’ve been in the profession for 40 years. And I’m happy with this job. I was a driver in the army, used to drive a Star with a truck. It was like that in those days. I carried goods, deliveries. I did over 40 000 kilometers in two years. When I came back from the army I became a driver in PZMot. After three months, I came back to my profession. The upholsterer’s trade has its traditions. In the past upholstery was made my saddlers. The first guild was established in Krakow, around 1500. The term „upholsterer” didn’t even exist then. I don’t even know where it came from. Wheelwrights made wheels, cap makers – caps and a hairdresser cut hair. In the past hairdressers were called barbers (Polish: “cyrulik”) Hence the name of the street where my workshop was located – Cyrulicza Street. I worked with all kind of things: horse-drawn carriages, sledges, antiques, old-timer cars, motorcycles, furniture. One professor made an order on the sledges. They dated back to 1937, he inherited them from his parents. Carriages were for the Open Air Village Museum in Lublin, Lublin’s Castle, all the manor houses. I made interesting things over the years. I’m most proud of the antique furniture because I’m interested in old things. I always buy things on the flea market. I collect bayonets and other items which aren’t too expensive, but have their value. In general the customers are great, I don’t like to talk about those who got in my hair. I never really had a bigger conflict. It sometimes happened that I used a wrong material by mistake but you just had to apologize, make alternations and close the subject so that both sides were happy. I was less happy, because I earned nothing on such business. There was no agriculture in the mountains, where I used to live, but the crafts flourished. Kalwaria is famous for furniture to the present day. The highlanders grandfathers traveled to the US on ships. They learned from others there, brought new technologies, new patterns back home and later made furniture here. I still have friends there who I can always ask for an advice. Dad was a carpenter by profession. He had a journeyman’s certificate – he was never given a master’s title, he didn’t care for that. He worked mostly for state institutions. He made puppets and stage design for Andersen Theatre. Very complicated things. The directors would only give him the design plans. We used to live in Choiny district at number 75. It was a village at that time. Those, who lived there, were called gardeners. We would take the girls to the military training grounds. There were no discos, but we organized parties at private homes – at those who had bigger flats. We had Bambino record players at the parties and the music played were “Czerwone Gitary”, Czesław Niemen. The man could sing… Sometimes we went to Jakubowice for a party. We didn’t go to town for parties, there were a lot of hooligans there. You couldn’t walk through the Old Town then as you do now – if you had a few zlotys in your pocket, you’d soon end up without it. Whenever I can I take part in old-timers rallies. I own a Trabant 600 from 1963. They were produced for two years only. It had different wings, a different front, a different body. There were two kinds: kombi and limos. I have the limo. There are maybe three such cars in Poland. My dream is to have a Mercedes 115, from the 60s or 70s, but it needs to be two-door. But this year my health is most important. Nothing else matters.

Kazimierz Klimek, tapicer
Prawiedniki 171 b

Tata zaprowadził mnie kiedyś do mistrza tapicera i kazał się tym zająć. Tak to się zaczęło i trwa do dziś. W zawodzie jestem już 40 lat. I jestem z tej pracy zadowolony. W wojsku, w Żeganiu, byłem kierowcą. Jeździło się starem z przyczepą, takie czasy były. Towary się woziło, dostawy. Przez dwa lata zrobiłem ponad 40 tysięcy kilometrów. Wróciłem z wojska i poszedłem na kierowcę do PZMot. Ale po trzech miesiącach wróciłem do zawodu. Zawód tapicera ma swoje pewne tradycje. Kiedyś tapicerkę robili siodlarze. Pierwszy cech powstał w Krakowie, chyba w 1500 roku. Nie było jeszcze takiej nazwy „tapicer”. Nawet sam nie wiem, skąd się wzięła. Kołodziej robił koła, czapnik robi czapki, fryzjer strzygł. Kiedyś fryzjerzy byli nazywani cyrulikami. Stąd też nazwa ulicy w Lublinie, gdzie miałem zakład – Cyrulicza. Wszystko się robiło: bryczki, sanie, antyki, zabytkowe samochody, motocykle, meble. Sanie zamawiał jeden profesor. Były bodajże z 1937 roku. Odziedziczył je po rodzicach. A bryczki dla Muzeum Wsi Lubelskiej, Zamku Lubelskiego, tych wszystkich dworków. Wiele ciekawych rzeczy przez te wszystkie lata zrobiłem. Najbardziej jestem dumny z mebli antycznych, bo interesuję się starymi rzeczami. Na giełdach staroci zawsze coś kupię. Zbieram bagnety i inne rzeczy, które nie są drogie, ale jakąś wartość mają. Ogólnie klienci są super, a o tych, co mi trochę krwi napsuli, nie lubię się wypowiadać. Nigdy nie miałem żadnych większych zatargów. Czasem mogło się zdarzyć pomylenie materiału, ale wtedy trzeba było przerobić, przeprosić i zamknąć temat. Tak, by obie strony były zadowolone. Ja mniej, bo nic nie zarobiłem na tym interesie. U nas w górach nie było rolnictwa, ale rozwijało się rzemiosło. Do dzisiaj Kalwaria słynie z mebli. Dziadkowie górali pływali do Stanów statkami. Tam podpatrywali, przywozili nowe technologie, wzory i później robili meble u siebie. Nadal mam tam kilku kolegów, których zawsze mogę się poradzić. Tata był w zawodu stolarzem. Miał papiery czeladnicze. Nigdy nie dostał mistrza, bo nie dbał o to. Najwięcej pracował państwowo. Dla Teatru Andersena robił lalki, scenografie. Bardzo skomplikowane rzeczy. Reżyserzy tylko dawali mu projekty. Mieszkaliśmy na Choinach pod numerem 75. Wtedy to była wieś. Z dziewczynami chodziło się na poligon. Nie było dyskotek, ale robiło się prywatki – u tych, co mieli większe mieszkanie. Na prywatkach mieliśmy adaptery Bambino i z tego leciały „Czerwone Gitary”, Czesław Niemen. Ten to umiał śpiewać… Czasem do Jakubowic na imprezę się jeździło. Na miasto się nie jeździliśmy, bo tam chuligaństwo było. Przez Stare Miasto nie przeszedłeś tak jak dzisiaj. Jak miałeś parę złotych w kieszeni, to za chwilę już ich nie miałeś. Jak mogę, to biorę udział w zlotach starych samochodów. Mam trabanta 600 z 1963 roku. Były produkowane tylko przez dwa lata. Ma inne błotniki, inny przód, inną karoserię. Występowały dwa rodzaje: kombi i limuzyna. Ja mam limuzynę. W Polsce są może tylko trzy takie. Marzy mi się mercedes 115. Z lat 60., albo z 70., ale koniecznie dwudrzwiowy. Ale w tym roku najważniejsze jest moje zdrowie. Nic poza tym.

tapicer
parasolniczka

Krystyna Dobek, umbrella maker
Lublin, Kunickiego Street 33

It’s hard to get the customers these days. Now, if an umbrella breaks, people throw it away. I guess I’m too honest. I often tell customers there’s no point in repairing it. When it rains, there’s a queue waiting. But in the winter it’s hard to make ends meet. In January I had an income of only 230 zlotys. But this job is more of a hobby to me, not a source of earnings. Sometimes I sit here even until 10 pm. People buy umbrellas at 10 or 20 zlotys. For me, this is trash. Once a lady came with an umbrella held together by 6 wires. The wire was crushing millimeter by millimeter. I told her: “Girl, what did you buy?”. I said it out of concern for her money. And she said: „How dare you? I paid 180 zlotys for it!” I got angry and told her „I won’t fix it for you. Take your trash to those, who want to fix trash”. Men are the greatest tragedy. Just because he wears pants he thinks he will have a chat with me. Others, on the other hand, flirt with me. But they don’t know who they are aiming at. I have been with my husband for 46 years and we would never split up! Women who visit me sometimes here are so jealous… He’s a good man from a good family. Mind my word – get to know the family, don’t look at the girl! Genes do their job. If the family is good for nothing, there’s no point jumping into a swamp. And my husband comes from a family of dukes. Good manners carried over by generations. Why the umbrellas? My mom had 5 children. We needed extra money so she went to an umbrella making course in Małgorzata Fornalska’s Co-op. But she had a row with a sorter who used to transfer her to the second sort’s department. She said she will not be making for beggars and decided to open her own workshop. Those days when you had no other choice, you went to the party’s committee. Mum went there too. She said she had five children, she completed a course and wanted to open her workshop. Just imagine, they gave her 2-years dispensation to obtain the journeyman certificate! She opened a workshop, at first at home – on Furmańska Street. Six months later she got a room from the city council, in this place here, on Kunickiego. In 1971 mum graduated from a course in Warsaw and presented the certificate in the city council. They were so happy she proved herself! When mum fell ill, she sent a letter to the guild, saying her daughter had been helping her for 10 years in the workshop, so that they send me to take the exams. They trusted her and I started the course. I remember that at the exam in a large umbrella factory in Warsaw you had to make one piece. I had to bring a frame and material with me, and do everything on my own. Later, the factory’s director asked me if he could take my umbrella as a souvenir. I wanted to sell it and earn a little, but I agreed. He took my umbrella and said to his employees: “Look, how Lublin does it”. I made umbrellas for Theatre of Movement performances in Osterwa Theatre. Once they brought umbrellas made by dressmakers from the theatre for an operetta and I broke down. I said: “Either we do it well, or not at all”. I suppose they still have my umbrellas there. They keep all the props.

Krystyna Dobek, parasolniczka
Lublin, ul. Kunickiego 33

Z klientami dziś jest słabo. Teraz jak parasole się psują, to ludzie je wyrzucają. A ja może też za uczciwa jestem. Często sama ludziom mówię, że nie ma sensu reperować. I potem, jak pada, to jest kolejka. Za to w zimie nie ma za co opłacić zakładu. W styczniu miałam tylko 230 złotych przychodu. Ale ta praca to bardziej moje hobby niż zarobek. Czasem siedzę tu nawet do godz. 22. Ludzie kupują parasolki po 10 czy 20 złotych. Dla mnie to złom. Przynosi mi raz jedna pani taką parasolkę na sześciu drutach. I ten drut kruszy się milimetr po milimetrze. Mówię do niej, z troską o jej pieniądze: „Dziewczyno, co ty kupiłaś?”. A ona: „Jak pani śmie? Ja za to 180 zł zapłaciłam!”. Zdenerwowałam się i powiedziałam: „Ja pani tego nie zrobię. Śmieci niech pani nosi do tych, co chcą śmieci reperować”. Największa tragedia jest z mężczyznami. Myśli sobie taki, że jak nosi spodnie, to ze mną nie pogada. Inni z kolei się zalecają. Ale nie wiedzą, na kogo trafili. Ja od 46 lat jestem z mężem i w życiu byśmy się nie rozstali! Panie, które tu czasem wpadną, to tak mi zazdroszczą… Dobry człowiek z dobrej rodziny. Bo pamiętajcie – przebadać sobie rodzinę, a nie patrzeć na dziewczynę! Geny swoje robią. Jak rodzinka na nic, to nie ma się co w bagno pakować. A ja mam męża z rodziny hrabiowskiej. Dobre nawyki ma z dziada pradziada. Skąd te parasole? Moja mama miała pięcioro dzieci. Trzeba było jakoś dorobić, więc poszła na kurs szycia parasoli do Spółdzielni Małgorzaty Fornalskiej. Ale pokłóciła się z brakarzem, który ciągle przenosił ją na drugi gatunek. Powiedziała, że na dziadów robić nie będzie i postanowiła otworzyć własny zakład. Wtedy, jak człowiek nie miał wyjścia to szedł do komitetu partii. Mama też tam poszła. Powiedziała, że ma piątkę dzieci, jest po kursie i chce swój zakład prowadzić. I wyobraźcie sobie, że dali jej dyspensę na dwa lata na wyrobienie świadectwa czeladnika! Otworzyła zakład, najpierw w domu – na ul. Furmańskiej. Pół roku później dostała lokal od miasta, właśnie tutaj, na ul. Kunickiego. W 1971 r. skończyła kurs w Warszawie i przedstawiła urzędnikom świadectwo. Jak oni się ucieszyli, że się sprawdziła! Gdy mama zaczęła chorować, to złożyła do cechu pismo. Napisała, że córka pomaga jej w zakładzie od 10 lat i żeby wysłali mnie na egzaminy. Zaufali jej i poszłam na kurs. Pamiętam, że na egzaminie w dużej fabryce parasoli w Warszawie trzeba było zrobić jedną sztukę. Musiałam przywieźć swój stelaż, materiał i wszystko zrobić samodzielnie. Później dyrektor fabryki zapytał, czy może sobie zostawić mój parasol na pamiątkę. Chciałam go sprzedać i coś już zarobić, ale zgodziłam się. A on wtedy wziął mój parasol i powiedział do pracowników „Patrzcie, jak Lublin robi”. Robiłam na zamówienie Teatru Ruchu, do spektakli w Teatrze Osterwy. A gdy do operetki przynieśli mi parasole uszyte przez krawcowe z teatru, to się załamałam. Powiedziałam: albo robimy tak jak trzeba, albo wcale. Podejrzewam, że te moje parasole jeszcze tam są. Oni tam wszystkie rekwizyty trzymają.

parasolniczka
jubiler

Jerzy Krawczak, jeweller
Lublin, Narutowicza street 41

I have been on my own since 1972. At first, at Kozia 4, where my father’s workshop was, later here, on Narutowicza Street. I’m a qualified mechanic optician. But my family convinced me to go into the jewellery business. Both my grandfather and father were jewellers. Until the 90s I was the only jeweller on this street. Now there are eight workshops. There is less work, but I don’t care anymore. I have eight months left to retirement. It wasn’t easy to open your own workshop in the past. A licence to run a particular activity was issued by Minister of Internal Market. You had to have a masters certificate and register in assay office. Now you don’t have to do any of this. You only pay 120 zlotys and can do everything. This is why most jewellers aren’t craftsmen. Maybe three people in the whole town have master’s certificates. I’ve heard of cases of people, who used to be bulldozer drivers before becoming jewellers. That’s why it’s worth checking the walls for the diploma. The jewellery business was most popular in the 80s and 90s. Gold was a good investment. This year it also rocketed, from 60 to 100 zlotys per 1 gram, but people don’t have money these days. You can see it wherever you go. Everyone who comes in asks right away: How much will it cost? In the past there was a line waiting and nobody asked for prices. I taught eight apprentices. Agnieszka works in Italy, another person in Canada. I worked for two years in the US, at Tiffany’s. If a person learns from a master, the foundations of a Polish jeweller’s craft are strong. A few days ago I had a law graduate asking if I would take him on to learn the craft. I told him to go on looking. I’m fed up slowly. There are cases like this: graduates of Science and Technology University or Academy of Physical Education run their own jeweller’s workshops today. The better a person is educated, the easier it is to work with him. These are only rings, wedding bands but you need to know your chemistry. Otherwise, gold, silver, platinum melt. During an exam you have to make a piece which the boards commissions you, but also answer a series of questions from the knowledge of materials. There are even more of them now, the European Union added some on their own. It’s a vast knowledge. You can learn about the jewellery stones only your whole life. It’s a very precise work which demands extreme concentration. I received this sabre from Lublin’s Chamber of Crafts, this medal is from the mayor of Lublin, and Silver Cross of Merit from the Polish President. If you are a good worker, you are being recognized later on. I used to have several patterns of rings and signet rings which I designed. Today, I’m more happy to repair old items. Please, look at this ring, when I got it, it was in dozen of pieces. People bring this kind of jewellery a lot to me. They go around the whole city and end up here. Other workshops don’t want to do it. Clients bring also prints from the Internet or show a photo on their mobile. That’s enough for me. If they have their own old, it’s much cheaper than buying a ready item at a shop. If nothing changes, in 3-4 years the craft will disappear in Poland. It won’t survive. Insurance premium is 1000 zlotys today. Who can bear to pay this? Some time ago I was in London. During a week’s stay I saw only two tailors. They sat in a basement, making alternations to jackets and trousers. They don’t have trade anymore there. Chinese products pushed it into underground. I dream of visiting a country where craftsmen work even on the streets. Where the crafts flourish.

Jerzy Krawczak, jubiler
Lublin, ul. Narutowicza 41

Na własnym rachunku jestem od 1972 r. Wcześniej na ul. Koziej 4, gdzie był zakład mojego ojca, potem tutaj, na ul. Narutowicza. Z wykształcenia jestem mechanik optyk oftalnik. Ale rodzina przekonała mnie, bym zajął się jubilerstwem. Jubilerem był mój dziadek i ojciec. Do lat 90. byłem na tej ulicy jedyny. Teraz jest osiem zakładów. Pracy jest mniej, ale już się nie przejmuję. Do emerytury zostało mi osiem miesięcy. Kiedyś otworzyć swój własny zakład nie było łatwo. Koncesję na prowadzenie konkretnej działalności wydawał minister rynku wewnętrznego. Trzeba było mieć dyplom mistrzowski i zarejestrować się w urzędzie probierczym. W tej chwili nie trzeba nic. Wystarczy zapłacić 120 złotych i można prowadzić wszystko. Dlatego większość zakładów jubilerskich to nie są rzemieślnicy. Były nawet takie przypadki, że najpierw jeździł spychaczem, a potem został jubilerem. Dlatego warto zawsze patrzeć, czy na ścianie wisi dyplom. Największe zainteresowanie biżuterią było w latach 80. i 90. Złoto to była dobra lokata. W tym roku też mocno poszło w górę, z 60 zł do 100 zł za 1 gram, ale dziś ludzie nie mają pieniędzy. To widać na każdym kroku. Każdy kto wejdzie, od razu pyta: Ile to będzie kosztowało? Kiedyś stała kolejka i nikt nie pytał o ceny. Wyszkoliłem ośmiu uczniów. Pani Agnieszka pracuje we Włoszech, inny uczeń w Kanadzie. Ja przez dwa lata pracowałem w USA, u Tiffany’go. Jeśli się człowiek uczy u mistrza, to podstawy jubilerstwa w Polsce są bardzo dobre. Kilka dni temu absolwent prawa pytał, czy nie wziąłbym go do nauki zawodu. – Niech pan szuka dalej. Ja sobie powoli odpuszczam – powiedziałem mu. Ale zdarzają się takie przypadki. Ktoś skończył AGH, ktoś inny AWF i dziś prowadzą własne zakłady jubilerskie. Im ktoś bardziej wykształcony, tym łatwiej się pracuje. Niby to tylko pierścionki, obrączki, ale potrzebna jest znajomość chemii. Inaczej się topi złoto, srebro czy platyna. Na egzaminie trzeba nie tylko wykonać sztukę zleconą przez komisję, ale też odpowiedzieć na szereg pytań z materiałoznawstwa. Teraz jest ich nawet więcej niż kiedyś, bo Unia Europejska dołożyła swoje. To ogromna wiedza. O samych kamieniach jubilerskich można się uczyć całe życie. To bardzo precyzyjna robota wymagająca ogromnego skupienia. Ta szabla jest od Lubelskiej Izby Rzemieślniczej, to odznaka od prezydenta Lublina, a to Srebrny Krzyż Zasługi od prezydenta RP. Jak się dobrze pracuje, to później doceniają. Kiedyś miałem kilka swoich własnych wzorów pierścionków i sygnetów. Dziś bardziej cieszą mnie naprawy starych rzeczy. Proszę zobaczyć, ten pierścionek trafił do mnie w kilku kawałkach. Ludzie często mi taką biżuterię przynoszą. Obchodzą cały Lublin i w końcu trafiają do mnie. Inne zakłady nie chcą się tym zajmować. Klienci robią też wydruki z Internetu albo pokazują zdjęcie w komórce. Mnie to wystarczy. A jak ktoś ma własne złoto, to jest dużo taniej, niż jakby miał kupić gotowe w sklepie. Jak się nic nie zmieni, to jeszcze 3-4 lata i będzie w Polsce po rzemiośle. Nie utrzyma się. Składka ZUS to dziś tysiąc złotych. Kto to wytrzyma? Jakiś czas temu byłem w Londynie. Przez siedem dni widziałem tylko dwóch krawców. Siedzieli w piwnicy i skracali marynarki i spodnie. Oni tam już nie mają rzemiosła. Chińszczyzna zepchnęła je do podziemia. Mam takie marzenie, by pojechać do kraju gdzie rzemieślnicy pracują nawet na ulicach. Gdzie rzemiosło kwitnie.

jubiler
fotograficzka

Beata Kulik, photographer
„Foto Zorza”, Lublin, Zamkowy Square 6a

I have been in my profession for 33 years. I can’t imagine having another one. I’m born to do it. You could say photographing runs in my blood. My mum worked in “Zorza” for 53 years. She was the first person in Lublin to take photos in colour. She used to send them to exhibitions abroad, but she only received praises or an order from the president for this, it was like that in the communist times. At some point she ran three photo studios: at Krakowskie Przedmieście, Staszica and Warszawska Alley. There were times 24 people worked there. Those, who came in first, had a place to sit down. One did retouching, another was in the darkroom, someone else served the customers, and there were 8 apprentices at once. It was a happy crowd. And everyone had something to do. We used to develop 200 films a day, then did the prints. You could spend all day in the darkroom, or retouching films with a pencil. Often we fell behind with our work. We took home what was left. Sometimes it was even 20 films. Now only sometimes people order such photos for their diplomas. Films are at their end. Agfa and Kodak don’t produce anymore. It’s only what’s left in their warehouses. When it all goes digital, I’ll throw away the cameras. I heard on the radio some time ago that some guy opened a photography museum. I wanted to give my equipment to him, but I couldn’t reach him on the phone. They say the world is going forward, but I think it goes back little by little. For example, there is no such photographic paper as in the past. You could see every lace, every frill. And now? Everything is fuzzy. My old customers, who went to work abroad, come to me to take photos for documents. They say it’s a tragedy in the West. And I have my own style. The more a person is twisted, the better he looks on the photo. It’s only for the documents, but it turns out to be artistic. I really love it. I realized my professional goals in 1000 percent. It’s only a pity I will probably have to bid farewell. This year the photographers had been given a great blow. There are no more photos at the maturity certificates. We’ve been waiting so much for this! All the summer, autumn till spring we had something to do. And now? You sit around, wait for a customer and stare at the walls. It’s sad. Studio photography is also dyeing out. Last year, I did two weddings, two first communions and two christenings. This year - nothing at all. I used to do 6-8 wedding every Saturday back in the days. No Sunday or holiday was free. People use to come up to my home to get the prints, because you had to indicate your home address at your shop’s window. Today everyone has cameras and takes photos on his own. If he has the money, he brings photos over to be develop on paper. It’s a profession with no future. I see it in gloomy colours. The studio has been in this place for 65 years. Old customers pop in from time to time. I took their photos when they were young, now they bring their own children. Others remember their first photos being taken here. It was a specific climate then. You came in and could smell all the chemicals. It’s such a wonderful smell! We should have gone into the subject earlier on, now it’s difficult. But mum was scared, she preferred to work in a co-op. I was a little scared, too. It’s a shame, we would be in a different situation today. A couple of years ago I still had job offers. Now photographic studios are closing down, these are family businesses and they don’t need anybody else. The contract for rent of this place ends in October. Then, they might prolong the contract, or not. We will see.

Beata Kulik, fotograficzka
Foto Zorza, Lublin, Plac Zamkowy 6a

W zawodzie jestem od 33 lat. I nie wyobrażam się w innym. Urodzona jestem do tego. Można powiedzieć, że fotografowanie mam w genach. Moja mama przepracowała w „Zorzy” 53 lata. Jako pierwsza w Lublinie robiła zdjęcia w kolorze. Wysyłała je na zagraniczne wystawy, ale jak to za komuny, tylko pochwały za to były i odznaczenia od prezydenta. W pewnym momencie prowadziła trzy zakłady fotograficzne: na Krakowskim Przedmieściu, Staszica i na al. Warszawskiej. Bywało że naraz pracowały nawet 24 osoby. Kto przyszedł pierwszy, to miał gdzie siedzieć. Jeden przy retuszu, drugi w ciemni, ktoś przy klientach, i po ośmiu uczniów naraz. Wesoło było. I każdy miał co robić. Dwieście filmów dziennie się wywoływało, potem jeszcze odbitki. Cały dzień w ciemni albo z ołóweczkiem przy retuszu klisz. Często nie nadążało się z robotą. Co zostało, to do domu. Czasami to nawet po dwadzieścia klisz. Dziś takie zdjęcia to czasem ktoś jeszcze do dyplomu zamówi. Filmy to końcówka. Agfa i Kodak już nie produkują. Tyle, co w magazynach mają. Już tylko cyfra będzie, aparaty powyrzucamy. Kiedyś słyszałam w radiu, że jakiś pan założył muzeum fotografii. Chciałam mu przekazać mój stary sprzęt, ale się nie dodzwoniłam. Niby świat idzie do przodu, ale według mnie, to po trochu się cofa. Na przykład nie ma takich papierów, co kiedyś. Każdą koronkę, każdą falbaneczkę było widać. A teraz? Wszystko rozmyte. Moi dawni klienci, którzy powyjeżdżali do pracy za granicę, po zdjęcia do dokumentów nadal przychodzą do mnie. Mówią, że na Zachodzie to tragedia. A ja mam swój styl. Im bardziej jest człowiek powykręcany, tym lepiej na zdjęciach wychodzi. Do dokumentów, ale musi być artystycznie. Ja naprawdę to kocham. Spełniona zawodowo jestem na tysiąc procent. Przykre tylko, że pewnie trzeba się będzie pożegnać. W tym roku my fotograficy poniesiemy wielką stratę. Nie ma już zdjęć przy świadectwach maturalnych. A tak na to czekaliśmy! Całe lato, jesień, aż do wiosny robota była. A teraz? Siedzi się, czeka na klienta i po ścianach patrzy. Smutno. Fotografia studyjna też zanika. W zeszłym roku dwa śluby miałam, dwie komunie, dwa chrzty. W tym żadnego, kompletnie nic. Dawniej to w soboty po 6-8 ślubów robiłam. Nie było żadnej niedzieli, święta wolnego. Nawet do domu po odbitki przyjeżdżali, bo adres domowy trzeba było mieć za szybą. Dziś każdy ma aparat, sam sobie zdjęcia robi. A jak ma pieniądze, to przyniesie, by na papier wywołać. To zawód bez przyszłości. W czarnych kolorach to widzę. 65 lat zakład jest w tym miejscu. Starzy klienci czasem przychodzą. Robiłam im zdjęcia, jak dziećmi byli, a teraz swoje dzieci przyprowadzają. Albo czasem ktoś zagląda i wspomina, jak pierwsze swoje zdjęcia miał tu robione. Ale kiedyś to był specyficzny klimat. Wchodziło się i czuć było chemię. Piękny zapach! Trzeba było wcześniej wejść w ten temat, teraz to ciężko. Ale mama była bojąca, wolała w spółdzielni pracować. Ja też się trochę bałam. Szkoda, bo dziś byśmy inaczej stały. Jeszcze kilka lat temu miałam propozycje pracy w zawodzie. Teraz zakłady fotograficzne się zamykają albo to rodzinne interesy i nikogo więcej nie potrzebują. Umowę na lokal mam tylko do końca października. A potem albo mi przedłużą, albo nie. Zobaczymy.

fotograficzka
piekarz

Sergiusz Kuźmiuk, baker
Lublin, Furmańska Street 4

My father was a baker. Before the war he ran a bakery in Czeremcha, in Podlasie region. It was destroyed by one of the first bombs dropped on the town. We moved to Lublin in 1940. Father had two sisters and a brother here. In 1941 he rented a bakery in Piaski and we spent most of the wartime there. After liberation father found this building. He started renovating it, building ovens. I came to Lublin with my mum and brother on December 6. I remember it was St Nicolas Day, because I got two exercise books: one with checked pages, other with lines. My brother got a book, we had a row. The bakery was opened before Christmas. The first batch was ready exactly on Christmas Eve 1944. Year 1948 was a time of battue at the private initiative. Nationalization of craft and trade began. Shopkeepers and craftsmen were driven to the outskirts from the city centre. We were moved from a two-room flat at Kowalska Street to Dolna Panny Marii Street. We got one room, 16 square meters. It was enough space only for my mum, brother and sister. Together with my father I went to live in the bakery. I was 11 then. I began selling bread when I was in second grade. I went behind the counter in the afternoons, when there were less people. I had a lot of friends then, because we gave change in sweets. There were 60 small bakeries in Lublin then. Bakers were encouraged to create a co-op. My father wriggled out of this and didn’t join them. We made it somehow. After maturity exams, I took entrance exams for the Civil Engineering Department at Warsaw’s Politechnics. I passed it, but I lacked points for social descent. I came back to Lublin. Baker’s profession isn’t an easy one. Day in, day out, holidays and nights, because people want to eat fresh bread at 5 in the morning. We even tried to change the opening hour to 6 but the customers were complaining. There were different times, better and worse. In 1988, after renovation of the building which was in such a poor state that one day the ceiling caved in and a tenant fell in together with a sofa, I bought a new oven. A year later I went to an exposition in Belgium. There, the same type of oven, stood outside. As a historic monument. In 2003 my son persuaded me to modernize the bakery. He said: Dad, we can’t go on in these conditions. There were two dilapidated buildings owned by the city in the backyard. We bought them, demolished and started building a new section. My son didn’t live to see it’s opening. He died suddenly, in February. My son-in-law, also Arthur, entered into our partnership then. Today, we run the company together: myself, my daughter and son-in-law. I’m here every day, I like to see to everything in person. But it’s time to be slowly retiring. For 20 years I was in the examination commission, I taught over 50 apprentices. Current staff are also my past students. Today you don’t need no papers to work in a bakery. But if a person is ambitious, he wants to have a diploma. Although it doesn’t change anything in his earnings. I know how much a person is worth, never mind if he’s a master or an apprentice. We produce about a ton of bread daily. I employ 6 bakers, 2 saleswomen, a cleaner and a driver. I also have 3 apprentices. Five, six years ago there was not enough space for apprentices, but last year the school which I collaborate with had no applicants to the baker’s class. I rarely go to shops, but sometimes it happens. I take “wholemeal bread” from a shelf, and that’s just wheat bread dyed dark. It really makes me angry. Somebody should be controlling this. I still make bread on the basis of old recipes I got from my father.

Sergiusz Kuźmiuk, piekarz
Lublin, ul. Furmańska 4

Piekarzem był już mój ojciec. Przed wojną prowadził piekarnię w Czeremsze na Podlasiu. Zniszczyła ją jedna z pierwszych bomb, jakie spadły na tę miejscowość. W 1940 r. przyjechaliśmy do Lublina. Ojciec miał tu dwie siostry i brata. W 1941 r. wydzierżawił piekarnię w Piaskach i tam spędziliśmy większość wojny. Po wyzwoleniu Lublina ojciec znalazł ten budynek. Zaczął go remontować, stawiać piece. My z bratem i mamą zjechaliśmy do miasta 6 grudnia. Pamiętam, że był to Mikołaj, bo dostałem wtedy dwa zeszyty: jeden w linie, drugi w kratkę. A brat książkę, więc była awantura. Piekarnia ruszyła tuż przed świętami. Pierwszy wypiek był dokładnie w Wigilię 1944 r. Rok 1948 to czas nagonki na prywatną inicjatywę. Rozpoczęła się nacjonalizacja rzemiosła i handlu. Sklepikarzy i rzemieślników wyrzucano z centrum miasta na obrzeża. My z dwupokojowego mieszkania na ul. Kowalskiej trafiliśmy na ul. Dolnej Panny Marii. Dostaliśmy jedną izbę, 16 mkw. Zmieściła się tam tylko mama z bratem i siostrą. Ja z ojcem zamieszkałem w piekarni. Miałem wtedy 11 lat. Chleb sprzedawałem już od drugiej klasy. Stawałem za ladą popołudniami, gdy był mniejszy ruch. Miałem wielu kolegów, bo jak nie było drobnych, to resztę wydawało się cukierkami. W Lublinie było wtedy około 60 małych piekarni. Namawiano piekarzy do utworzenia spółdzielni. Ojciec tak kręcił, że się nie zapisał. Jakoś przetrwaliśmy. Po maturze zdawałem na Wydział Budownictwa Lądowego na Politechnice Warszawskiej. Egzamin zdałem, ale brakowało mi punktów za pochodzenie. Wróciłem do Lublina. Piekarz to nie jest lekki zawód. Świątek, piątek, niedziela i noce, bo ludzie o godz. 5 rano chcą jeść świeże pieczywo. Próbowaliśmy kiedyś przesunąć godzinę otwarcia na 6, ale klienci narzekali. Były różne okresy. Raz lepsze, raz gorsze. W 1988 r. po remoncie budynku, który był w tak fatalnym stanie, że kiedyś urwał się sufit i wpadła nam lokatorka razem z tapczanem, kupiłem nowy piec. Rok później pojechałem na wystawę do Belgii. I tam piec tego typu stał na zewnątrz. Jako zabytek. W 2003 r. syn namówił mnie na modernizację piekarni. – Tato, w tych warunkach nie możemy dalej istnieć – przekonywał. W podwórku były dwa walące się budynki należące do miasta. Kupiliśmy je, wyburzyliśmy i zaczęła się budowa nowej części. Syn nie doczekał jej uruchomienia. Zmarł nagle w lutym. Wtedy do spółki przystąpił mój zięć, też Artur. Dziś firmę prowadzimy we trójkę: ja, moja córka i zięć. Codziennie tu jestem, lubię sam wszystkiego dopilnować. Ale powoli trzeba się będzie wycofywać. Przez 20 lat byłem w komisji egzaminacyjnej, wyszkoliłem ponad 50 uczniów. Obecna brygada to też moi wychowankowie. Dziś, żeby pracować w piekarni, nie trzeba mieć żadnych papierów. Ale jak człowiek jest ambitny, to chce mieć dyplom. Choć na jego zarobki to nie rzutuje. Czy czeladnik, czy mistrz, to wiem, ile ten pracownik jest wart. Codziennie produkujemy około tony pieczywa. Zatrudniam sześciu piekarzy, dwie ekspedientki, sprzątaczkę i kierowcę. Mam też trzech uczniów. Jeszcze 5-6 lat temu uczniowie ledwo się mieścili, ale w zeszłym roku w szkole, z którą współpracuję, do klasy piekarskiej nie było ani jednego kandydata. Rzadko chodzę po sklepach, ale zdarza się. Biorę z półki „chleb razowy”, a to pszenny farbowany na ciemno. Wkurza mnie to straszne. Ktoś powinien to kontrolować. Ja wciąż robię według starych receptur mojego ojca.

piekarz
krawiec

Tadeusz Galak, tailor
Lublin, Kaprysowa Street 5/ 6a

It was completely different in the past. Manufacture, sale, travelling sales – I travelled around the whole region. It’s been 10 years I stopped fooling around like that. Still, got to have cash to buy worms. My boss, who taught me the craft 55 years ago, had a large company in Warsaw. Everything got burned down during the Warsaw Uprising. He ran away from there with a women wearing nothing but a fur. A cousin helped him to get to Lublin and he opened a tailor’s workshop at 3 Maja Street 22. Had several tailors and furriers working for him. My aunt knew there was a tailor who taught apprentices and my mama sent me there. I was 14 and had nothing to say. I graduated only from primary school. My boss was a man of great manners, always had customers. Grandpa was over 70 years old when he was teaching me. I passed the journeymen exam, he died soon after. I was his last student. I worked in different places for a while. In “the first tailor shop” in “Lubgal”, then making uniforms for the army. Then I made suits on my own and sold them. But it is all over now. Now people buy in a second-hand shop at a small sum, nobody goes to tailors anymore. My wife comes from Kock region. I met her here. I was fishing, she was flirting (laugh). We got married and have been together for 45 years. I’ve always been fishing. I grew up at a river in Słowinek district. Ever since I was tiny I went fishing, catching crayfish and fish. In October of the election year I caught the biggest one. Guys are still laughing at me. There were two fat guys there, they helped me pulling out. Once I got it out, I left the fishing rod and ran into the forest. I was afraid it’d slip away. It was a pike fish, it weighed over 4 kg. My first car – Fiat 126. Then a Russian one…a Lada, Golf, Volvo. I haven’t been driving at all for 10 years. But I smoke every hour. I can’t do it more often, I start choking, my woman gets angry. During Lent I managed to smoke every second hour. But that’s only during Lent. I remember a story. As a young boy, I used to live on Biernackiego Street then, I was making trousers for one man. His name was Jemiuk, he had a tailor’s shop at Chopina Street. An expensive, exclusive workshop, as he knew his craft. Once, he had to make alternations to one customer’s coat several times. This was wrong, that was wrong. At last, he lost his nerve and cut the coat into pieces. Then he sat down on a chair, got a heart attack and died. I’ve been through different times. One time I had money, other times – nothing. Now you can earn sometimes, but the fees aren’t small. Insurance, rent, electricity, phone bill. I earn to buy worms and eye drops, to see the float. You’re alive because you got used to it. Sometimes it’s sweet, sometimes bitter. If it’s too sweet, it makes you sick. But I’m coping. Nothing to be proud of, but it’s be a sin to complain. My children are decent, my grandchildren go to all variety of schools – primary, secondary, high school, the eldest studies economics at MCSU. He’s talented, got something of his grandpa (laugh). I’ve only made one small mistake – I drew my son into the furriery craft, and it’s another disappearing profession. A funny story. My grandfather was Czech, he had an estate near Prague. He lost this estate playing cards. My father passed away when I was 7. We lived in Sławinek: five brothers, a sister and mama, who used to teach tailoring before the war at Wieniawska. That’s why I was sent to become a tailor as well. I am happy now. My daughter lives very close, at Mariańska. Grzesiek at Paganiniego, it’s also close. My in-laws are very kind. I am happy with my life.

Tadeusz Galak, krawiec
Lublin, ul. Kaprysowa 5/ 6a

Kiedyś to było całkiem inaczej. Wyrób, sprzedaż, handel obwoźny - po całym województwie jeździłem. Ale już z 10 lat będzie, jak się w te historie nie bawię. A na robaki zarobić musowo. Mój szef, który 55 lat temu uczył mnie fachu, miał w Warszawie dużą firmę. W Powstaniu Warszawskim wszystko mu spalili. Nawiał stamtąd z kobietą tylko w futrze. Do Lublina przez jakiegoś kuzyna się dostał i na ul. 3 Maja 22 otworzył pracownię krawiecką. Pracowało dla niego paru krawców i kuśnierzy. Ciotka wiedziała, że w tej bramie jest krawiec, który szkoli uczniów, i matula mnie tam wysłała. Miałem 14 lat i nic do gadania. Tylko podstawówkę skończyłem. Szef to był taki kultura facet, klientów miał zawsze. Dziadek był po siedemdziesiątce, jak mnie uczył. Zdałem egzamin czeladniczy i on zaraz umarł. Byłem jego ostatnim uczniem. Potem w różnych miejscach się popracowało. W „pierwszej krawieckiej”, w „Lubgalu“, a to wojskowym mundury się szyło. Potem garnitury sam robiłem i handlowałem. Ale to się skończyło. Teraz w ciucholandach po parę złotych kosztują, więc ludzie do krawca nie chodzą. Żonę mam zza Kocka. Tam ją zapoznałem. Siedziałem na rybach, a ona adorowała (śmiech). Ożeniłem się i żyjemy razem już 45 lat. A ryby to od dziecka. Wychowałem się nad rzeką na Sławinku. Od maleńkości tam sobie łowiłem i raki, i ryby. W październiku tego roku, co były wybory, złapałem największą. Chłopaki do tej pory się ze mnie śmieją. Było tam dwóch takich grubych, pomogli mi podbierać i wyciągać. I jak ją wyciągnąłem, to wędkę zostawiłem i do lasu z tą rybą. Bałem się, że może mi nawiać. To był szczupak. Ponad 4 kg ważył. Pierwszy samochód – maluch. Później ruski jakiś…, łada, golf, volvo. Ale od 10 lat nie jeżdżę w ogóle. Za to palę co godzina. Częściej nie można, bo mnie dusi i kobieta się złości. W poście wytrzymałem dwie godziny. Ale to tylko w poście. Pamiętam taką historię. Jako młody chłopak, na ul. Biernackiego mieszkałem w tedy, szyłem spodnie dla jednego faceta. Nazywał się Jemiuk, na ul. Chopina miał zakład krawiecki. Drogi, ekskluzywny, bo znał się na fachu. Jednej klientce parę razy musiał palto przerabiać. To jej nie pasowało, tamto nie pasowało. W końcu w nerwach wziął nożyce i pociął to palto na kawałki. Potem siadł na krześle, dostał zawału i umarł. U mnie bywało różnie. Raz miałem parę złotych, raz nie miałem. Teraz czasem się zarobi, ale opłaty nie są małe. Ubezpieczenie, lokal, prąd, telefon. Na robaki się jeszcze zarobi i na krople do oczu, żeby spławik widzieć. Żyje człowiek, bo się tak przyzwyczaił. Raz jest słodko, raz gorzko. Jak za słodko, to zemdli. Ale jakoś się wytrzymuje. Nie ma czym się pochwalić, ale grzech narzekać. Dzieci porządne, wnuków mam całą oświatę: podstawówka, gimnazjum, liceum, a najstarszy ekonomię na UMCS studiuje. Zdolny jest, bo coś ma po dziadku (śmiech). Tylko jeden mały błąd zrobiłem. Syna wciągnąłem w kuśnierstwo, a ten fach też już siada. Trochę śmieszna sprawa. Mój dziadek był Czechem, miał pod Pragą majątek. I przegrał ten majątek w karty. Mój ojciec zabrał się, jak miałem 7 lat. Mieszkaliśmy na Sławinku: pięciu braci, siostra i matula, która przed wojną uczyła się krawiectwa na ul. Wieniawskiej. I dlatego mnie też wysłała na naukę do krawca. Teraz jestem szczęśliwy. Mam córkę bardzo blisko, na ul. Mariańskiej mieszka. Grzesiek na ul. Paganiniego, też blisko. Synowa porządna, zięć porządny. Jestem zadowolony z życia.

krawiec
optyk

Jan Toporowski, optician
Lublin, Narutowicza Street 22

I wasn’t even of age when I started learning the craft. It was 1954. Nowadays, there are various schools, studies, then – nothing. I self-taught myself actually. I was 17 when my sister took me from Zakrzówek to Lublin. Apart from 2 years in the army, I spent my whole life in the profession. At first in state companies, and in 1986 I opened a private workshop. It’s been 26 years. I opened an optician’s guild in Lublin, I was on the examinations board for several terms. I received silver and gold medal from Federation of Polish Crafts. Now I quit all that. You need to live easy. I drew both my sons and the daughter into optics. They graduated from universities, did qualifications. My grandson studies at Politechnics, but he says he also wants to do it. It’s a good profession, brings people relief. In the past, to open a workshop you had to have a certificate. Today even a blacksmith can do it. It’s embarrassing. Leads into a dead alley. I can’t complain about the number of customers. People know me. Successive generations come over. I don’t advertise, avoid the media. They call me and make offers, but I want none of this. For me, the best advertisement is the word of mouth. I tell customers: there are no promotions here, so it’s cheaper. Often, when I give the prize, clients ask if this it’s for two lenses. Or think rims are second sort. Crafts are dying in Poland. More and more people think they can do things. In reality they can’t. There needs to be competition in every profession, but it needs to be reasonable. Opticians enter into partnership with newly opened salons. It’s unethical. Eye-doctors can recommend opticians if a patient asks, not distribute business cards. I also had such offers. But this is connected with bribing, I find it repulsive. We used to fight it in the guild, but it fell on death ears. In the West optician chooses the basic lenses. In Poland doctors didn’t agree to that, though the more equipment they have, the more mistakes they make. But it never happened that someone would say: don’t go to Toporowski. I had a lot of apprentices, mostly girls. They usually come totally inexperienced. When I asked who taught them, it turned out it was a school graduate. Not a practician. But if a person wants to learn, he will do it. Will and determination are enough. Narutowicza Street, where my shop is, hasn’t changed for the better. What of the new sidewalks, if there are chains everywhere and no parking places. And there are situations when a disabled client can’t get off a car. Then I go and choose rims for him. Cross-eyed children usually come here. Nobody can do it. The smallest one was 8-months old, still in it’s baby-blanket. More and more children are short sighted. Computerisation takes its toll. I’ve spent half a century in optics. From the stone age – ceramic grinders – to electronics. Medicine also goes forward. Today cataracts are almost under control. Only problem is that you have to wait to have the procedure done from the state money. And if a person is 80 years old, he cannot wait these 2-3 years. A man who loses vision in an old age is practically disabled, won’t be able to make it. Glasses are in fashion now. People buy neutral lenses or only to work at the computer. Shapes are coming back. We’ve had the same cats, nerds and “uglies” and other trick rims 20-30 years ago. Metal and fibre function for the longest time. They’re practical and light. I test the new arrivals on myself first. The ones I wear at the moment are progressive lenses.

Jan Toporowski, optyk
Lublin, ul. Narutowicza 22

Gdy zacząłem naukę zawodu, nie byłem nawet pełnoletni. To był rok 1954 r. Teraz są różne szkoły, studia, a wtedy nic. Samoukiem w zasadzie byłem. Miałem 17 lat, gdy siostra ściągnęła mnie z Zakrzówka do Lublina. Oprócz dwóch lat wojska, to całe życie spędziłem w tej branży. Na początku w państwowych firmach, a od 1986 r. mam prywatny zakład. To już 26 lat. Założyłem w Lublinie cech optyków, przez parę kadencji zasiadałem w komisjach egzaminacyjnych. Od Związku Rzemiosła Polskiego dostałem srebrny i złoty medal. Teraz powyłączałem się z tego wszystkiego. Trzeba żyć na luzie. Obu synów i córkę wciągnąłem w optykę. Są po studiach, porobili kwalifikacje. Wnuk studiuje na politechnice, ale mówi, że też chce to robić. To dobry zawód, przynosi ludziom ulgę. Kiedyś, by otworzyć zakład, trzeba było mieć uprawnienia. A dziś nawet kowal może to robić. To żenujące. Do niczego dobrego nie prowadzi. Na brak klientów nie narzekam. Ludzie mnie znają. Kolejne pokolenia do mnie przychodzą. Nie reklamuję się, unikam mediów. Dzwonią i proponują, ale ja nie chcę. Dla mnie najlepsza reklama, to jak jeden powie drugiemu. A klientom mówię: U mnie nie ma promocji, dlatego jest taniej. Często, gdy mówię cenę, to ludzie dopytują, czy to na pewno za dwa szkła. Albo myślą, że to oprawki drugiego gatunku. Rzemiosło w Polsce upada. Coraz więcej ludzi uważa, że coś potrafi. A nie umie nic. Konkurencja musi być w każdym zawodzie, ale rozsądna konkurencja. Okuliści wchodzą do spółki z nowo otwieranymi salonami. To nie w porządku. Lekarz może polecić optyka, jak pacjent zapyta, ale nie powinien rozdawać wizytówek! Też miałem takie propozycje. Tylko, że wiąże się to z kopertą, a ja się tym brzydzę. Walczyliśmy z tym w cechu, ale jak grochem o ścianę. Na Zachodzie podstawowe szkła dobiera optyk. W Polsce lekarze nie chcieli się na to zgodzić, choć im więcej mają sprzętu, tym więcej błędów robią. Ale jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś powiedział: Niech pan nie idzie do Toporowskiego. Dużo miałem praktykantów, w większości dziewczyny. Oni zwykle przychodzą bardzo zieleni. Jak pytałem, kto was uczył, to okazywało się, że absolwent szkoły. Żaden praktyk. Ale kto chce się nauczyć, to się nauczy. Wystarczy, że chce i ma zaparcie. Ulica Narutowicza, na której mam zakład, wcale nie zmieniła się na lepsze. Co z tego, że przebudowali chodniki, jak wszędzie łańcuchy i zakazy zatrzymywania? A są przecież takie sytuacje, że niepełnosprawny klient nie wyjdzie z samochodu. Wtedy idę i dopasowuję oprawki. Dzieci z zezem zwykle trafiają do mnie. Nikt w Lublinie tego robić nie potrafi. Najmniejsze miało osiem miesięcy, w becie jeszcze było. Coraz więcej dzieci ma też krótkowzroczność. Komputeryzacja swoje robi. Pół wieku w optyce spędziłem. Od epoki kamienia łupanego, czyli ceramicznych szlifierek, do elektroniki. Medycyna też idzie do przodu. Dziś zaćma jest praktycznie opanowana. Tylko, żeby zrobić zabieg na fundusz, to trzeba czekać. A przecież ktoś, kto ma 80 lat, to tych 2-3 lat może nie dożyć! Człowiek, który starszym wieku przestaje widzieć, to praktycznie kaleka. Nie poradzi sobie. Teraz jest moda na okulary. Ludzie sobie nawet zerówki robią, zwłaszcza dziewczyny. A kształty się powtarzają. Te same koty, kujonki, brzydulki i inne grube oprawy były już 20-30 lat temu. Metal i żyłki najdłużej się utrzymują. Są praktyczne, lekkie. Nowości sprawdzam najpierw na sobie. Teraz na przykład mam progresy.

optyk
mechanik

Marcin Tuora, bicycle mechanic
Lublin, Cyrulicza Street 3

I didn’t choose my profession, it’s a family tradition. My father taught me, then I took the workshop over from him. On his deathbed he told me: son, Cyrulicza is a vein of gold. Only I haven’t found it yet. I’m telling my son: Don’t you ever take up bicycles, it’s a tragedy! Completely different matters are dear to my heart, too. My soul is built differently. My story is a story of an unfulfilled man. I’m only earning money to make a living for my family here. I don’t advertise anywhere, but I can’t complain about the customers. I labour from morning till night. My father was making history of cycling in Lublin region. He used to race before and after the war. He took part in Tour de Pologne three times. But he forbade me to race, said that if I was to race only in trashy clubs, it’s better not to race at all. That’s why I did it only for half a season. I don’t cycle at all now. I don’t even have time to take my bike down from the attic. Apart from this shed, I inherited also a bicycle’s fork after my father. Supposedly, he also made gears. He was totally crazy about bikes. And I hate them. How can you like something, if you are doing this for several hours a day? I don’t wish for my son to ever do this. But it’s highly unlikely he will: Maciek just published a book entitled “Little schizophrenia”. Later he told me he started to write because he saw me doing it. Yes, this is my escape. And here? It’s a horribly hard work. I have no satisfaction of it whatsoever. Now, in the season, it’s buzzing from early morning. I put on my working clothes at 6.30 am, and finish around 7-8 pm. You can work your hands off. In the winter - no clients. I tell everyone: come in the winter! And nobody comes. I sometimes think of dropping it all. I love literature. I read whenever I have time. I love Mrożek, Hrabal...There is nothing that could replace these guys. There was time I also read Stasiuk. Once I actually went to see him, drove all the way on a rented bike. Another beautiful thing - Myśliwski’s works. “Horizon” was staged not so long ago in Osterwa Theatre. It was a good performance, especially to those who read the book. Tokarczuk is a hell of a woman. Szczepkowska also wrote a good piece once, it was about a psychiatric assylum. I’ve sent her my own text - “Park of risen eyelids”. I thought: “No way you not gonna read that”. Later I asked her about it during a meeting with readers, in Warsaw’s bookshop. She was very surprised. In the inscription in her latest book she wrote for me: “I wish for you to find, what you deserve”. Well...it seems I deserve to work 12 hours a day with bicycles. This year I’ve sent my script to Pro Script competition. I didn’t go through. They wrote back saying they found out a lot of information about the martial time, but this isn’t a script, but a novel. And that they weren’t attracted by the lead character. It’s a pity, maybe somebody else will find it attractive. Because I will do it! I made a point. People who come here stare at me in disbelief - “Do you read?” Yes, I do, 20-30 books a year. I adore it. They cannot comprehend that a man, who spends all of his day in a workshop, in reality has different things on his mind. He reads books and tries to write something on his own. I’m perceived as a person covered in smears up to his elbows, one who does not think at all. But I try to thing. And sometimes even push things forward.

Marcin Tuora, mechanik rowerowy
Lublin, ul. Cyrulicza 3

Nie wybierałem tego zawodu, to tradycja rodzinna. Ojciec mnie nauczył, potem przejąłem po nim zakład. Jak umierał, to powiedział mi: Synu, Cyrulicza to żyła złota. Tylko ja do tej pory jej nie odkopałem. Swojemu synowi powtarzam: Nigdy nie czepiaj się rowerów, to katastrofa! Mnie też w sercu gra coś kompletnie innego. Mam duszę zapiętą inaczej. Moja historia, to historia człowieka niespełnionego. Tutaj tylko zarabiam pieniądze, by utrzymać rodzinę. Nigdzie się nie reklamuję, ale klientów mi nie brakuje. Tyram od rana do nocy. Mój ojciec tworzył historię kolarstwa na Lubelszczyźnie. Ścigał się przed wojną i po wojnie. Trzy razy jechał w Tour de Pologne. Ale mnie zakazał ścigania się. Powiedział, że jak mam jeździć w dziadowskich klubach, to lepiej bym w ogóle nie jeździł. Dlatego robiłem to tylko przez pół sezonu. Teraz nie jeżdżę w ogóle. Nie mam nawet czasu ściągnąć swojego roweru ze strychu. Oprócz tej budy, mam po ojcu widelec jego własnej roboty. Podobno zrobił też kiedyś przerzutki. Był kompletnie zwariowany na punkcie rowerów. A ja ich nienawidzę. Jak się coś robi przez kilkanaście godzin dziennie, to jak można to lubić? Nie życzę mojemu synowi, by kiedyś też się tym zajmował. Ale raczej nie będzie – Maciek właśnie wydał książkę pt. „Mała schizofrenia”. Potem powiedział mi, że zaczął pisać, bo widział, że jego ojciec pisze. Tak, to moja odskocznia A tutaj? To totalnie ciężka praca. I nie mam z niej żadnej satysfakcji. Teraz, w sezonie, od samego rana mam kociołek. W ciuch roboczy przebrany jestem już o 6.30. Kończę około 19-20. Można się urobić po uszy. A w zimie żadnego klienta. Wszystkim mówię: Przyjeżdżajcie zimą! I nikt nie przyjeżdża. Czasem na poważnie zastanawiam się, czy nie rzucić tego wszystkiego. Kocham literaturę. Czytam, jak tylko mam czas. Uwielbiam Mrożka, Hrabala... To goście nie do zastąpienia. Swego czasu czytałem też Stasiuka. Kiedyś nawet, na pożyczonym motocyklu do niego pojechałem. Kolejna piękna rzecz to Myśliwski. „Widnokrąg” był nie tak dawno wystawiany w Teatrze Osterwy. Dobry spektakl, zwłaszcza dla kogoś, kto czytał książkę. Tokarczuk to kobieta total. Szczepkowska też dobrą rzecz kiedyś napisała. O zakładzie dla psychicznie chorych. Swego czasu wysłałem jej swój tekst „Park uniesionych powiek”. – Nie ma siły, musisz to przeczytać – pomyślałem. Potem zaczepiłem ją w Warszawie na spotkaniu z czytelnikami w Empiku. Była bardzo zaskoczona. W dedykacji swojej nowej książki napisała mi: „Życzę Panu, by znalazł Pan to, na co zasługuje”. No tak... zasługuję na dwanaście godzin dziennie przy rowerach. W tym roku wysłałem scenariusz na konkurs Pro Script. Nie załapałem się. Napisali mi, że dowiedzieli się mnóstwo rzeczy o stanie wojennym, ale nie jest to scenariusz, tylko powieść. I, że nie pociąga ich postać główna. No trudno, może kiedyś kogoś pociągnie. Bo ja to zrobię! Zaparłem się. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, patrzą na mnie jak na idiotę. – To ty czytasz? – dziwią się. Tak, 20-30 książek rocznie. Ubóstwiam to. Nie mogą pojąć, że człowiek, który od rana do nocy siedzi w zakładzie, w rzeczywistości ma w głowie coś zupełnie innego. Czyta książki i sam próbuje coś pisać. Jestem postrzegany jako ten po łokcie umazany smarami i w ogóle nie myśli. A ja staram się myśleć. I czasem coś jeszcze pchnąć do przodu.

mechanik
fryzjerka

Iliana Labbe, hairdresser
Lublin, Cyrulicza Street 4

My father opened a workshop in 1927. At first, it was located at Krakowskie Przedmieście, then moved to Świętoduska - we were evicted from there in 1952. In 1960 we got substitute premises, right here, at Cyrulicza street. It’s not expensive so I can afford cheap services. A haircut costs from 10 to 20 zlotys, I cut fridges for free. I’m a good expert, 50 years in the profession. People are really poor these days in Poland. There are some who can’t afford going to a hairdresser. After 30 years of paying insurance premiums it’s a shame to say how much pension I receive. My customers grew poorer with me. I can’t charge more those, who have more money. I treat everyone in the same way. I never address clients from the perspective of their education or profession. Here everyone is equal. I agree it was our own choice. Having escaped one evil, we ended up with a greater one. Today Poland isn’t much a better country than Argentina: cliques and agreements all around. Honestly, I wouldn’t like to be 20 or 30 years old today. I have no objections to the fact the government wants us to work until 67 years of age. A man functions well until he has a job. I can tell watching my clients. Some of them are old, sickly people. They escape into illnesses. I have no time for this. I graduated from psychology at Catholic University of Lublin. At the time it was a specialization at Christian Philosophy studies. But I knew from the start I wouldn’t work in the profession. Nobody offered jobs to CUL’s graduates at that time in Lublin. Unless it was at a church. It wasn’t easy at all in the beginnings. In the 60’s pediculosis was widespread in Poland. Normally, we didn’t serve such customers, but usually only after washing the hair it turned out the head was dirty. It doesn’t happen anymore now. Before the war the shop was thriving. My father wasn’t a hairdresser himself, he took on many employees. Later we also had loads of customers. There were few private hairdresser’s and a lot of co-ops, so people came from spite. Today, I make a living thanks to the customers who I have had for 50 years, and their families. I don’t have children and I’m of the opinion the Poles should have them. They try to make up for all their misfortunes through children. First, a great feast for the First Communion, then spend the whole life wrapped in cotton wool. The government also made a bad move, giving unemployment benefits to those fresh out of school. I hold a European certificate, I can teach hairdressing even abroad, but I’m not really a natural born teacher. I had 3 apprentices in total. I guess I’m too protective. Recently, one of my customers went to a hairdresser’s school. For a year they’ve been learning things like: what do you use scissors for. No practical classes! And in the professions like a hairdresser, carpenter or a tailor practise is most important. That’s why it’s hard to find a true expert these days. Besides, you need to have a vision. A hairdresser’s job is an artistic one. In the past all my customers had chestnut-coloured hair, now they’re all blond. Grey hair should be dyed in natural colours. Also, no streaks, no balayage, you should only do highlights. And the hair absolutely needs to be messy. Apart from that, a lot of perms. Springs look good on everyone. There are few women who look good in straight hair. Especially that our hair is getting weaker. I don’t know why. Illnesses? Stress? In the past people used to be warmer, kinder to one another, less withdrawn. Although, women open up at the hairdresser’s. It’s really important in this profession to listen to people, not gossip. You can’t tell what you’ve heard here even to your dearest person.

Iliana Labbe, fryzjerka
Lublin, ul. Cyrulicza 4

Zakład założył mój ojciec w 1927 r. Najpierw mieścił się na Krakowskim Przedmieściu, potem na Świętoduskiej, skąd w 1952 r. nas wyrzucili. W1960 r. dostaliśmy lokal zastępczy, właśnie tutaj, na Cyruliczej. Nie jest drogi, więc mogę sobie pozwolić na tanie usługi. Strzyżenie kosztuje od 10 zł do 20 złotych, a grzywki ścinam za darmo. Fachowcem jestem niezłym. Od 50 lat w zawodzie. W Polsce jest dziś autentyczna bieda. Są tacy, co nie mogą sobie pozwolić na wizytę u fryzjera. Po 30 latach składek wstyd dziś przyznać, ile mam emerytury. Moje klientki zubożały razem ze mną. A tym, co mają więcej, nie mogę przecież liczyć drożej. Wszystkich traktuję jednakowo. Nigdy nie zwracam się do klientek przez pryzmat wykształcenia czy zawodu. Tu wszyscy są równi. Zgadzam się, że sami sobie tak wybraliśmy. Ale z jednego zła wpadliśmy w gorsze. Polska to dziś wcale nie lepszy kraj niż Argentyna: same kliki i układy. Naprawdę, nie chciałabym dziś mieć 20, czy 30 lat. Nie mam żadnych zastrzeżeń do tego, że mamy pracować do 67. roku życia. Człowiek dotąd funkcjonuje, dokąd ma pracę. Widzę to po swoich klientkach. Część z nich to dziś stare, schorowane osoby. Uciekają w chorobę. Ja nie mam na to czasu. Studiowałam na KUL psychologię. Wtedy to była specjalizacja na filozofii chrześcijańskiej. Ale od początku wiedziałam, że nie będę pracować w tym zawodzie. Po KUL w Lublinie nie zatrudniali. Chyba, że przy kościołach. Na początku wcale nie było łatwo. W latach 60. w Polsce była straszna wszawica. Niby się takich klientek nie obsługiwało, ale zwykle dopiero po umyciu okazywało się, że głowa nieczysta. Dziś to się już nie zdarza. Przed wojną zakład bardzo dobrze prosperował. Mój ojciec fryzjerstwem się osobiście nie zajmował, ale zatrudniał wielu pracowników. Po wojnie też klientów nie brakowało. Prywatnych zakładów było niewiele, spółdzielnie przeważnie, więc ludzie trochę z przekory do nas przychodzili. Dziś utrzymuję się dzięki klientkom, które mam od 50 lat. I ich rodzinom. Nie mam dzieci i uważam, że Polki nie powinny ich mieć. Wszystkie swoje nieszczęścia w ten sposób próbują nadrobić. Najpierw wielka feta na Pierwszą Komunię, a potem całe życie pod kloszem. Państwo też źle zrobiło, dając zasiłek od razu, po szkole. Mam europejski certyfikat, mogę uczyć fryzjerstwa nawet za granicą, ale na nauczyciela się nie nadaję. W sumie, miałam może trzy uczennice. Zbyt opiekuńcza chyba jestem. Jedna z moich klientek była niedawno w studium fryzjerskim. Przez rok uczyli się rzeczy typu, do czego służą nożyczki. Żadnych zajęć praktycznych! A przecież w takich zawodach, jak fryzjer, stolarz czy krawiec najważniejsza jest praktyka. Dlatego dziś trudno o prawdziwych fachowców. Poza tym trzeba mieć wizję. Fryzjer to zawód artystyczny. Kiedyś moje klientki były kasztanowe, dziś wszystkie są blond. Siwe włosy powinno się farbować na naturalne kolory. Nie robi się też ani pasemek, ani balejaży, tylko refleksy. I koniecznie na głowie musi być bałagan. Poza tym sporo trwałych. Sprężynki na każdym ładnie wyglądają. Mało jest kobiet, którym dobrze w prostych. Zwłaszcza, że coraz słabsze włosy mamy. Nie wiem, dlaczego. Przez choroby? Stres? Kiedyś ludzie byli dla siebie serdeczniejsi, bardziej mili, mniej zamknięci. Choć zakład fryzjerski to miejsce, gdzie panie się otwierają. To bardzo ważne w tym zawodzie, by wysłuchać, ale nie plotkować. Najbliższej osobie nie wolno powtórzyć, co się tu usłyszało.

fryzjerka
zegarmistrz

Ryszard Morawski, watchmaker
Lublin, Narutowicza Street 13

I had a friend once who used to work in a workshop on Lubartowska Street. I was in high school at the time. Sometimes I came in and helped him. It was 1966 or 67. I was always attracted to gears and gear-wheels. Back in the days, if you wanted to play, you had to make a toy on your own. A little boy had to think smart. For example, how to make a tractor from a spool and rubber. These were very creative activities. Developed skills in children. Now, all you have to do is go to a shop and buy. Provided you have the money. A watch is also mechanics, but more precise. I always think why is it constructed this way. For convenience? Or for the looks, so that somebody buys it? After graduation I worked in Truck Factory and on the railways, which was always attractive to me. In the army it happened I was a tank mechanic. I was very determined already at that time and tried to improve different appliances. I began learning the craft in 1972 and after I passed the journeymen exam, I started work. I began in the same place we’re at the moment, sat in the same place I’m sitting today. But we had more rooms and several people worked here. It was a public company – “Jubiler”. We did guarantee repairs for the whole region. People came from Chełm, Poniatowa. There was order. Customer didn’t care, where he bought a watch, Lublin or Gdańsk. And now? Nobody ever wanted to do cuckoo-clocks. It’s unrewarding work. But I like these cuckoos. I remember, when I came here after the exam, the first question was: “Do you do cuckoos?”. When I said I did, everyone was happy. In 1978 I was in Switzerland. I did training in mechanical watches. They already had quartz clocks in their warehouses. A solid work, everything elaborated, no unnecessary elements. Nowadays, everything is mediocre. Sometimes I undo a screw and I can’t put it back. Only the brand names remain. Today, if a bike breaks down, you buy a new one. You don’t go to a workshop, but to a market. People throw everything away, polluting the environment. I collect even small papers into one bag. I’ll burn them later on in a fireplace. I can cook, but I won’t ever be a chef. This was always my passion, an absorbing activity for me. I like work which has effects. An item was junk, and then it runs, talks, ticks gratefully. The number of cases I had, when a person had gone to 3 workshops and everywhere was told to throw it away to trash and buy a new one. You mustn’t suggest this to a client! If he wanted, he’d buy a new one on his own. There are people who can’t live without a watch. They have several pieces: for weekdays, for church, for special occasions. It’s not a rule that people don’t need a watch anymore if they have a mobile phone. Personally, I’m ashamed of a mobile. When I’m on a bus, I never answer. It’s tasteless. People bring also rosaries or glasses which need a new screw put it, but an optician refuses to do it. For example here I have a brooch with a cat whose tail got broken. I need to solder it. I get paid only if I manage to make the repair. People rarely pay only for the work, they would rather have everything done for 5 zlotys. I’m lost for words sometimes. There are some who run to the street market, buy a battery at 1 zloty and want them put in. I need to explain it’s pointless. Life is cruel but you have to cope. You can’t hold a grudge against anyone. Only against yourself.

Ryszard Morawski, zegarmistrz
Lublin, ul. Narutowicza 13

Miałem kiedyś kolegę, który pracował w zakładzie przy ul. Lubartowskiej. Ja byłem wtedy w szkole średniej. Przychodziłem czasem i mu pomagałem. To był rok 1966, może 67. Zawsze pociągały mnie przekładnie, koła zębate. Kiedyś, by się pobawić, to zabawkę trzeba było sobie zrobić samemu. Mały chłopiec musiał kombinować. Na przykład, jak ze szpulki po niciach i gumki zrobić traktorek. To były bardzo twórcze zajęcia. Coś w dzieciach rozwijały. A dziś wystarczy pójść do sklepu i kupić. Byle mieć za co. Zegar to też mechanika, tylko bardziej precyzyjna. Ja zawsze zastanawiam się, po co to jest właśnie tak skonstruowane. Dla wygody? Czy dla wyglądu, po to, by ktoś to kupił? Po szkole pracowałem w Fabryce Samochodów Ciężarowych i na kolei, która zawsze mnie pociągała. W wojsku trafiło mi się, że byłem kierowcą mechanikiem czołgu. Już wtedy byłem niesamowicie zawzięty i kombinowałem, jak ulepszyć różne urządzenia. W 1972 r. zacząłem naukę zawodu, a po zdaniu egzaminu czeladnika, pracę. Zacząłem w tym samym miejscu, gdzie teraz jesteśmy. Siedziałem dokładnie tu, gdzie dziś siedzę. Tylko pomieszczeń było więcej i kilkanaście osób pracowało. To była państwowa firma - „Jubiler”. Robiliśmy naprawy gwarancyjne dla całego województwa. Ludzie przyjeżdżali z Chełma czy Poniatowej. Był porządek. Klienta nie obchodziło, gdzie kupił zegarek, czy w Lublinie, czy w Gdańsku. A dziś? Nikt nigdy nie chciał robić kukułek. To niewdzięczna robota. A ja te kukułeczki lubię. Pamiętam, że jak przyszedłem po egzaminie, to pierwsze pytanie było: Robisz kukułki? Jak powiedziałem, że robię, to tak się wszyscy cieszyli… W 1978 r. byłem w Szwajcarii. Szkoliłem się na zegarkach mechanicznych. Oni już wtedy mieli w magazynach zegarki kwarcowe. Solidna robota, wszystko dopracowane, ani jednego niepotrzebnego elementu. A teraz wszystko jest takie byle jakie. Czasem śrubkę wykręcę i już jej nie można wkręcić z powrotem. Tylko nazwy zostały markowe. Dziś jak się rower zepsuje, to kupuje się nowy. Nie idzie się do warsztatu, tylko do marketu. Wszystko się wyrzuca, zatruwa środowisko. Ja nawet drobne papierki zbieram do jednego worka. Potem się spali w kominku. Potrafię gotować, ale kucharzem nigdy nie będę. A to zawsze była moja pasja, coś, co mnie wciągało. Lubię pracę, która przynosi efekty. Coś było gratem, a potem chodzi, gada. Cyka z wdzięcznością. Ile ja miałem takich przypadków, że człowiek był w trzech zakładach i wszędzie mówili, żeby do śmieci wyrzucić i kupić nowy. Przecież klientowi nie można tego sugerować! Jak zechce, to sam sobie kupi nowy. Są ludzie, którzy nie wytrzymują bez zegarka. Mają po kilka sztuk: na co dzień, do kościoła, na wychodne. I wcale nie jest regułą, że jak ktoś ma telefon komórkowy, to już nie go nie potrzebuje. Ja osobiście komórki się wstydzę. Jak jadę w autobusie, to nigdy nie odbieram. Niesmaczne to jest. Ludzie przynoszą też różańce czy okulary, do których trzeba przykręcić śrubkę, a optyk nie chce. A tu na przykład mam broszkę z kotkiem, któremu ogonek odpadł. Trzeba będzie przylutować. Zapłacone mam tylko wtedy, gdy się uda zreperować. Rzadko kiedy ktoś zapłaci za samą pracę. Ludzie chcieliby raczej, by im wszystko za 5 zł robić. Mnie to czasem słów brakuje. Poleci na targ, baterię za złotówkę kupi i chce, by mu założyć. Ile ja potem muszę tłumaczyć, że to nie ma sensu… Życie jest okrutne, ale trzeba sobie radzić. Nie można mieć pretensji do nikogo. Jedynie do siebie.

zegarmistrz

Stowarzyszenie Bliski Wschód
koordynator projektu
Łukasz Wójtowicz: tel. +48 504 958 252
wojtowiczluk@gmail.com

Autorka tekstów
Agnieszka Mazuś: tel. +48 691 770 061
agnieszka.mazus@gmail.com

Fotografie kolor:
Kuba Wójtowicz: +48 884 074 074
fot.kuba@gmail.com

Fotografie retro:
Michał Jadczak: tel. +48 507 834 865
michaljadczak@gmail.com

dziennik wschodni
galeria open
Kardamon
I love Lbn
Kapron
reality